Witam:)
Po tej (ile to już...?) 10-cio miesięcznej przerwie wreszcie zapraszam na nowy rozdział. Mam nadzieję, że jest ciekawy i zachęci Was do dalszego czytania!
Pozdrawiam;]
****
Izabel wstała po długim śnie przeciągając się i ziewając. Przez poszarzałe niebo nie przebijał się nawet promyk słońca. Miała nieodparte wrażenie jakby dalej była noc.
Ubierając się zauważyła, że Victorii nie ma w łóżku; pomyślała więc że zeszła na śniadanie, co także i ona uczyniła. Weszła do sali, a ta wydawała się ciemna jak nigdy, ale mimo wszystko przypominała stary hal, którego sklepienia nigdy nie było możliwe ujrzeć. Tym razem była to płachta ciemnych chmur, identycznych jak na dworze.
Ponieważ nie mogła wypatrzyć jasnych włosów swojej przyjaciółki usiadła koło Remusa jedzącego ohydnie wyglądające jajka na bekonie.
-Witaj! Co tam u Ciebie?- przyjaźnie zagadnęła Izabel nakładając sobie jabłko.
-Nic ciekawego...- zamruczał żując kromkę chleba.
-Nie jesteś w humorze, co?
-Nie za bardzo...-Jego odpowiedzi były krótkie i zwięzłe, co było zupełnie jego przeciwnością. Zawsze chodził z głową w książce, fakt! Ale kiedy padło pytanie zawsze wywodził się na temat, a czasem nawet udzielał wykładów! To na pewno nie był Remus którego znała...
-Coś Cię trapi? Wiesz przecież, że możesz mi powiedzieć...
-Tu nie chodzi o to że nie chcę Ci mówić!- uciął- Po prostu moja babcia jest chora, a że muszę się nią opiekować nie zrobię tego stąd, więc zmuszony jestem wyjechać na kilka dni.- powiedział poważnie.
-Moje kondolencje!- Izi smarowała sobie tosta masłem.
-Mówisz jakby już umarła...- mruknął.
Wróciła na górę. Jednak ku jej zdziwieniu nikogo nie było. Wodziła wzrokiem po pustych łóżkach, kiedy jej uwagę przykuł stolik nocny stojący zaraz obok JEJ łóżka. Nie chodzi o to, że nigdy go nie miała, ale co ją zdziwiło leżały na nim dwie kości, które dobrze pamiętała... Zrobione z błyszczącej kości słoniowej; nie mogła uwierzyć!... A co ze zdziwieniem także zauważyła wypalona dziura przez owe kości po wysypaniu ich na stolik dwa tygodnie temu zniknęła! „Czy ktoś mi go wymienił?”- pomyślała- „Ale dlaczego? I co tu właściwie robią?!”
**
Izabel miała różne sny, ale takiego jeszcze nie było... Śniło jej się że profesor Dumbledore był kobietą, McGonnagall miała kocie uszy, Victoria ciemne włosy, Ashwood była miła, a Syriusz miał ogon. Tego jeszcze nie było!...
Poczuła lekki powiew wiatru. Odwróciła się na drugi bok, ale w tym samym momencie przypomniała sobie, że przed snem Lily zamknęła okno. Otworzyła szybko oczy. Ujrzała tylko rąbek ciemnej szaty znikający za rogiem. „Kto to był?”- pomyślała, a jej wzrok padł na stolik nocny na którym zostawiła kości. „Nie! Przecież każdy mógł je zabrać!”. Mimo wszystko ciekawość zżerała ją w środku więc narzuciła pospiesznie ubranie (jakoś nie miała ochoty biegać po szkole w pomarańczowej piżamie, a także na bosaka po zimnych płytach) i wybiegła po cichu z dormitorium. Portret lekko zaskrzypiał, ale nie zdradził jej obecności. „Świetnie... zgubiłam go!...”. Próbowała dosłyszeć jakiegokolwiek dźwięku, ale odpowiadała jej tylko cisza. Zaczęła krążyć po zamku, szukając owej tajemniczej osoby. W głowie kłębiło jej się pełno myśli... na co dziewczyna odpowiedziała uśmiechem ponieważ w ciszy dobrze jej się myślało. Myślała o swoim bracie, kościach, a także o zamaskowanej osobie. Po namyśle zdała sobie z czegoś sprawę: „Zaraz zaraz.... to nie mógł być mężczyzna.... tylko kobiety mogą wejść do dziewczęcego dormitorium!...”
Nagle usłyszała zbliżające się kroki. Ciemność przysłaniała wszystko dookoła niej. Przyczaiła się w małym korytarzu sąsiadującym z głównym i czekała aż owa postać ją minie. Zbliżała się powoli, ale płynnie. Peleryna cicho powiewała. Ciemny kaptur zasłaniał niemal całą twarz. Izabel była w stanie zobaczyć tylko cienkie usta zaciśnięte tak mocno, że niemal stały się białe. Gładka dłoń trzymała pewnie różdżkę. Dziewczyna już nie była pewna swoich zamiarów, ale musiała działać szybko. Postać właśnie ją mijała. Nie chciała stracić jej z oczu ani puścić jej wolno. Nie mogła jej na to pozwolić, ale tak naprawdę nie wiedziała co ma zrobić ani co robi. Nim zrozumiała co się dzieje skoczyła na tajemniczą osobę, próbując ściągnąć jej kaptur. Zdołała zobaczyć tylko długie, proste i ciemno brązowe włosy spływające po jej ramieniu nim uderzyło ją zielone światło i padła na ziemię.
**
Izabel jęknęła lekko. Nie wiedziała jak długo tam leżała i czy nieznajoma miała wystarczająco czasu żeby uciec, ale jednego była pewna, bolało ją całe ciało, a policzek przeszywał niemiłosierny ból. Z wysiłkiem przycisnęła ranę chcąc zatamować krwawienie. Nie ustało. Przyłożyła szatę, ale mimo wszystko rana wciąż krwawiła. Nie chciała wstawać, ale organizm kazał jej walczyć. Podniosła się z ziemi i oparła ciężko o ścianę. Nie wiedziała co ma teraz zrobić. Czy powinna wrócić do swojego dormitorium i odpocząć czy może pójść do gabinetu dyrektora i opowiedzieć o zajściu. „Którą z opcji wybrać?” W cale nie chciała ponownie stanąć oko w oko z tym... kimś, ale powrót do dormitorium uznała za zbędny.
Opierając się o ścianę, a przy tym utykając powlokła się do gabinetu dyrektora, który na jej nieszczęście był dziesięć minut drogi z tond. Jednak nieodganialne myśli i adrenalina dodały jej siły. Zaczęła biec.
-Cytrynowy drops!- krzyknęła wbiegając na kręte schody, znajdujące się za gargulcem. Wpadła bezceremonialnie do gabinetu nawet nie pukając. Zastała dyrektora w długiej czapce do spania czytającego w blasku wypalającej się świecy. Spojrzał na nią z za swoich okularów połówek mówiąc „Dobry wieczór”.
-Panie dyrektorze... tu... w zamku... jest jakaś osoba...- wydyszała ciężko łapiąc powietrze. „Muszę sobie poprawić kondycję...”- pomyślała. Dyrektor spojrzał na nią przeciągle.
-Czy proszę mogłabyś opowiedzieć wszystko od początku?
**
-Złapaliśmy ją!- triumfalnie krzyknął Knot wparowując do gabinetu.- Mówi się, że jest to jedna z podejrzanych o zabójstwo panny Kate Wheeler.
-Kate Wheeler? A któż to taki ?- zapytała McGonnagall zniżając swoje okulary.
-Czyż pani nie wiem kim jest Kate Wheeler?!- zapytał Knot oburzony.- To czarownica która wymyśliła eliksir zniewalający, a także codzienne przedmioty, które wspominając są w posiadaniu Ministerstwa Magii. Wystarczy, że złapie pani zaczarowaną filiżankę i jest pani pod kontrolą. Odpowiednik działania jednego z zaklęć niewybaczalnych, „Imperio”- powiedział z dumą jakby takie wiadomości trafiały do uszu normalnych ludzi.
-Zaginęła, a jej ciała nie odnaleziono!- przypomniał jego asystent. Knot rzucił mu zabójcze spojrzenie, a owy pryszczaty chłopak schował się za jednym z aurorów stojących nieopodal.
Izi siedziała cicho na komodzie z opuszczoną głową. Nie chciała zwracać na siebie uwagi, a jednocześnie dowiedzieć się jak najwięcej. Niestety dyrektor o niej pamiętał. Tylko on.
-Może zanim kontynuujemy naszą rozmowę, czy ktoś mógłby odprowadzić tę uczennicę do jej dormitorium i dopilnować żeby położyła się spać?- dyrektor spojrzał wymownie na profesor McGonnagall, ale ona nie chciała przegapić żądnego słowa które miało paść w tym pokoju. Knot miał dziwny grymas na twarzy. Wszyscy milczeli. Nikt nie chciał przerwać ciszy w obawie, że zostanie wybrany. Każdy chciał uczestniczyć w dyskusji. W końcu ciszę przerwał Knot. Jego grymas zniknął, ale za to pojawiła się powaga.
-Simon!
-Tak?...- pryszczaty chłopak zrobił krok do przodu.
-Czy mógłbyś zrobić nam tą przysługę i odprowadzić tą uczennicę do jej dormitorium.- to nie było pytanie, tylko nieodmawialny rozkaz. Odwrócił się, kontynuując rozmowę.
Izabel wyszła, wiedząc że nic nie poradzi na brutalny los który wypchnął ją z tego pokoju, ale...?
-Hey, fajna jest praca w ministerstwie?- zapytała przyjaźnie posyłając zabójczy uśmiech.
-Nawet nawet....
-Nie dziwi Cię trochę ta sprawa? To znaczy obcy w Hogwarcie, ten cały eliksir....
-Owszem, ale ja tu nie mogę nic zrobić.
-A ta dziewczyna, bo to jest dziewczyna, nie? Widziałam włosy. To pewnie jest pilnie strzeżona? Trafiła do Azkabanu?
-Nie, jeszcze nie. Na razie jest na dole w lochach.- „Tak!”
-Pewnie pilnują ją kwalifikowani ludzie, prawda?
-Owszem, dwóch aurorów: Chambers i Tread.
-Hmm...- szli chwilę w milczeniu.- Wiesz, nie będę Cię obciążać. Sama dojdę. Na pewno jesteś ciekawy o czym rozmawiają, a jaka ja jestem zmęczona!...- ziewnęła zakrywając usta dłonią, a dla dodania efektu rozciągnęła się jeszcze raz ziewając.
Kiedy tylko zniknęła za rogiem, stanęła i zaczęła myśleć w przerażająco szybkim tempie. „Dobra, analiza sytuacji. Kilka sekund analizy może uratować Ci życie! Tak wiem, już to gdzieś słyszałam...”- zaczęła od monologu- „Co wiem? Więzień jest w lochach. Kto go pilnuje? Dwóch aurorów. Szanse w pojedynku używając wszystkich zdolności? 20%, może mniej...- chodziła w koło mrucząc- I tak nie mogę zwracać na siebie uwagi...”- przyspieszyła licząc coś pod nosem. Nagle podniosła głowę. „Potrzebuję pomocy!...- przeklęła i pobiegła do dormitorium.
**
-Nie mogę uwierzyć, że dałam Ci się w to wciągnąć!- krzyknęła Victoria po raz kolejny. Zbliżały się do lochów. Dziewczyna darowała sobie narzekanie i ucichła. Zatrzymały sie.
-Wiesz co masz robić- powiedziała Izi- Przewracaj zbroje i odciągnij ich od drzwi. Trzy minuty powinny wystarczyć?...
-Lepiej się pospiesz bo wkrótce nie będę miała czego przewracać.- powiedziała Victoria z sarkazmem uśmiechając się ironicznie. Rozdzieliły się.
Cisza. Izabel była w stanie usłyszeć tylko brzęczenie muchy obijającej się o szybę. Oczywiście nie licząc kroków dwóch aurorów odbijających się echem. Chodzili niecierpliwie przed drzwiami.
Nagle, zza rogu jednej z kamiennych ścian, tym razem nie pokrytej żadnymi ozdobami ani obrazami zobaczyła jak jedna ze zbroi stojących po drugiej stronie głównego korytarza przewróciła się robiąc okropny hałas. Aurorzy rozdzielili się. Jeden, niższy ciemno włosy został przed drzwiami kiedy drugi, blondyn poszedł sprawdzić co przetrąciło zbroje. „Bum”- tym razem, jak Izabel się domyśliła Victoria zrzuciła obraz w korytarzu leżącym prostopadle do głównego. Stojący niecierpliwie ciemnowłosy auror oddalił się od drzwi, także co jego towarzysz chcąc sprawdzić przyczynę hałasu.
Izabel wykorzystała okazję, i kiedy tylko mężczyzna zniknął z pola widzenia podskoczyła do drzwi mocno je szarpiąc. Otworzyły się! „Ale dlaczego?!...” Zupełnie zapomniała o możliwości zamkniętych drzwi! Okazały jej się schody skręcające w prawo. Przed nią na zakręcie stała krata zabezpieczająca, gdzie dalej ciągnęła się barierka. Zeszła po schodach patrząc na zamknięcie zrobione na wzór celi, w którym siedziała skulona dziewczyna. Oparta o ścianę, schowała głowę w kolanach. Zdawała się płakać. Izabel podeszła do krat. Oparła się. W tedy dziewczyna w czarnym płaszczu rzuciła jej się do kolan łapiąc ją za rękę, na co Izi odskoczyła do tyłu może nie z obrzydzeniem, ale ze strachem. Nie wiedziała kim owa dziewczyna jest ani co robiła w zamku, czego ona była bardzo ciekawa.
-Proszę...- wyszeptała. Jej oczy były opuchnięte i czerwone od płaczu. Kręciły się w nich łzy.- Proszę...- powtórzyła- Ratuj... ratuj moją siostrę! Oni... oni... oni- wydyszała. Łza spłynęła je po policzku. Płakała.- Oni ukarzą ją za moje błędy!- tak mocno trzymała się krat, że pobielały jej palce. Usta zacisnęły się tak, że stały się sine, a ciemno-brązowe oczy wpatrywały się w nią błagając o pomoc. Co miała zrobić? Zbliżyła się i oparła ponownie o kratę.
-Jacy oni? I kim jest twoja siostra?- zapytała szybko odwracając się za siebie. Minęła już połowa umówionego czasu, a ona wiedziała tylko że... nic nie wiedziała.
-Oni... oni...- powtórzyła jeszcze raz.
-Dobrze, uspokój się!- powiedziała Izabel wyciągając rękę jakby chciała ją uciszyć, poklepać... ale szybko ją cofnęła...- Jak masz na imię?- Izi zupełnie zapomniała o cennym czasie.
-Francess- powiedziała tamta. Oczy powoli jej wysychały. Uspokoiła się trochę, ale dalej świdrowała Izabel wzrokiem jakby czegoś od niej oczekiwała... jakby coś miała zrobić... jakby to było jej przeznaczeniem...! Nagle przypomniała sobie o tajemniczych kościach.
-A kości?!- zapytała- Co z kośćmi?!- teraz świdrowała ją wzrokiem tak samo jak ona ją.
-Nie... nie było ich!- dziewczyna podniosła głos.- Nie było!- tym razem szepnęła. -Ktoś zabrał je przede mną!- W tym momencie Izi spojrzała na ciemną ścianę za więziennicą i przypomniała sobie o cennym czasie który już upłynął.
-Muszę lecieć!- krzyknęła przez ramię wbiegając na schody. Nie miała chwili do stracenia! Czas... Gdyby tylko miała go więcej...!
**
Zdyszana usiadła na fotelu w pokoju wspólnym patrząc w dogasający ogień. Victorii nie było. Czy nie chciała dowiedzieć się co się wydarzyło? Czy nie chciała dowiedzieć się kim była owa dziewczyna?! Siedziała tak kilka minut kiedy do pokoju wparowała profesor McGonnagal machając rękami we wszystkie strony. Stanęła i poprawiła sobie długą czapkę, która zsunęła jej się na jedną stronę. Jej oczy świeciły złością przez prostokątne okulary.
-Pójdziesz ze mną!- powiedziała i wyszła. Izabel przestraszona podążyła za nią. Czy Francess powiedziała o jej wizycie w lochach?... - Cytrynowy drops!- krzyknęła zdenerwowana nauczycielka wytrącając ją z myśli i wchodząc po krętych schodach, przesuwających się jednocześnie. Zastała te same osoby, które były w pokoju kiedy go opuszczała. Dyrektor, Knot, aurorzy i Simon.
-Jak pan sobie życzył, dyrektorze!- powiedziała McGonnagall nie patrząc mu w oczy i zadzierając głowę. Odeszła na bok. Teraz Izi zobaczyła niezwykle niebieskie świdrujące ją oczy dyrektora. „Mam już dosyć tego świdrowania...!” Knot zaczął rozmowę:
-W środę, pojedziesz z nami do Azkabanu zidentyfikować więźnia.- chrząknął. Izabel otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i... strachu. Spojrzała na dyrektora.
-A nie mogłabym tego zrobić teraz?!- wykrzyknęła. Słyszała o Azkabanie. Była pewna że nie chce tam pojechać, a tym bardziej tam trafić!
-Więźnia już tu nie ma. Przenieśli ją.- Nie patrząc jej w oczy odwrócił się i podszedł do drzwi. Na odchodnym jeszcze powiedział: - Środa, piąta rano, przed zamkiem. Bądź gotowa!
„Czy to była prawda?!...”
****
Mam nadzieję, że nie było za długie!;P
Pamiętaj, jeżeli chcesz być informowany o nowościach wpisz się do księgi gości!
Izi
Nastrój:
tagi: